sobota, 19 marca 2016

KRAINA NIENAZWANYCH ZIELENI

Epizody zimy można w tym roku policzyć na palcach. Bogata paleta mokrych szarości zajęła miejsce bieli i czerni. Żaden kolor nie ma tylu niuansów co szary i żaden nie jest tak wszechobecny, inne kolory wydają się wstydzić swojej kolorowości, kurczą się, spłaszczają, gasną. Jeśli nawet na chwilę pojawia się Słońce i pasek błękitnego nieba, to tylko po to, by prawem kontrastu, szarość podkreślić. Osobiście lubię taką introwertyczną pogodę. Ale nie tylko ja. Okazuje się, że jest to wymarzona pogoda dla mchów i porostów, które nierzucającym się w oczy bogactwem okrywają pnie drzew, murki, płoty.








Myślę o tym jakie nazwy dotyczą koloru zielonego. Rozróżniam ciemny zielony drzew i jasną zieleń wiosennej trawy. Przychodzi mi jeszcze do głowy zieleń butelkowa, wojskowy khaki i oliwkowy. I tyle. Ale żadna z tych nazw nie pasuje do tego co widzę. Gdybym używała zielonych farb z prosto tubki, może znałabym jeszcze kilka nazw handlowych zieleni, ale częściej mieszam żółty z niebieskim...
 
Kolejna myśl – po co mi nazwy? I nagle w tym nienazwaniu poczułam się, jak odkrywca nowego lądu, jak rozbitek na bezludnej wyspie. Poczułam zachwyt patrzenia bez nazywania, bez rozumienia. Pomyślałam, że pierwsi odkrywcy, podróżnicy musieli czuć się tak samo, bezradni wobec nieznanego piękna.
 
Odkryłam Amerykę w drodze do pracy?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz