niedziela, 29 stycznia 2017

TRZY BARWY - JEDNA PASJA

Razem z moimi najbliższymi przyjaciółkami Joasią i Łucją, serdecznie zapraszam na cykl naszych indywidualnych wystaw w Bielańskim Ośrodku Kultury w Warszawie.


Jesteśmy w trakcie dopinania ostatnich przygotowań. Pierwszy raz po dziesiątkach spotkań i setkach przegadanych godzin, działamy wspólnie we trzy pod jednym szyldem.

wtorek, 24 stycznia 2017

DRZEWO CZTERECH PÓR ROKU

Najpierw, na prośbę Pani Ewy, narodziło się drzewo ze wszystkimi porami roku, a potem żartobliwy komentarz Mieto w galerii - Idea piękna, masz sadzonki? :-) spowodował, że zaczęłam się zastanawiać skąd właściwie takie drzewa się biorą.... :)
 
 Iwona Piszczelska: Drzewo czterech pór roku, 81x53, akryle


Najbardziej sędziwe drzewa czterech pór roku dorastają wieku około 100 lat, ale te ze wszystkimi czterema porami roku są ogromną rzadkością. 

Typowy rozwój drzewa wygląda następująco. Pierwsze kilkanaście lat to okres nieustającej wiosny. 

Na przełomie pierwszych 20 lat życia drzewa przechodzą w okres letni, który trwa około 20-30 lat. W tym okresie zazwyczaj wydają na świat sadzonki, zazwyczaj dwie, ale czasem więcej. 

Potem wchodzą w okres jesieni. W wieku około 70 lat, ale czasem też wcześniej, w życiu drzewa pojawia się zima. 

Drzewo 4 pór roku ma szansę wyrosnąć z każdego drzewa. Dużo jest drzew z podwójną porą roku, ale trzy pory roku można spotkać sporadycznie, natomiast drzewo ze wszystkimi porami roku jest ogromną rzadkością. 

Są to wspaniałe wyjątki, które potrafią zatrzymać esencję z przemijającej pory roku, a przede wszystkim zachować tą pierwszą wiosenną radość życia. 

Z obserwacji wynika, ze nie ma tutaj żadnej reguły jak to się dzieje. Na przykład zbyt zadbane drzewa potrafią do końca życia pozostać na etapie wczesnego lata i odmówić dalszego wzrostu. Czasami bywa odwrotnie, że warunki zewnętrzne bywają tak surowe, że pierwszą pora roku jest lato i od razu szybko przechodzi w jesień. Bywa też że późną jesienią, drzewo potrafi niespodziewanie zakwitnąć samo z siebie. 


Te przypadki są tak różne, że trudno tu znaleźć wspólny mianownik, najważniejsza jest chyba wewnętrzna siła drzewa. :))))

piątek, 20 stycznia 2017

BIECZ - WYSTAWA POPLENEROWA

Foto: R.Ł. Jagielska

piątek, 6 stycznia 2017

BIECZ - KRAINA CIENIA opowieść plenerowa

Skończyłam prace z Biecza. W piątek wystawa. Ale kiedy na nie patrzę moje skojarzenie jest takie jak w tytule, chociaż sam Biecz jest tutaj Bogu ducha winny...

Mam taki obraz, który co jakiś czas ja przemalowuję. Od półtora roku systematycznie zmienia się razem ze mną.  Nosi tytuł Mandala serca lub Burza Żywiołów. Generalnie jest to drzewo. Tuż przed wyjazdem zmieniłam je tak, aby korzenie "przerosły na drugą stronę kuli" - tam gdzie lęki, wyparte uczucia, niechciane emocje. Moją intencją było aby korzenie drzewa dotarły do najczarniejszych zakamarków mej duszy i je ukochały, objęły, przytuliły.... To było trudne. Ale kiedy to zrobiłam, natychmiast, jakby w odpowiedzi, wokół pnia i głównych gałęzi mojego drzewa pojawiła się złota łuna. I ten złoty kolor się rozszerza, dopiero na czarnym go dobrze widać. Konsekwencje tej decyzji odkrywam, rozpoznaję cały czas. Moje drzewo się polaryzuje, "odgubia" kolory. Ale to nie o nim to jest historia...

Tylko złota farbka, której użyłam, tak niepraktyczna na plenerze, uparcie pchała mi się w ręce, więc w końcu się poddałam i zabrałam ja ze sobą.

Czarny nastrój pogłębiło przeziębienie, które złapałam podróżując klimatyzowanym busem.

Pierwsze bieckie prace zrobiłam w plenerowym szkicowniku. Szkicownik jest niezobowiązujący, dzięki temu rozluźnia rękę, dlatego kocham szkicowniki. Ale zabrałam też ze sobą 3 płótna w formacie 80 x 80. Nigdy dotąd nie miałam tak dużego formatu na plenerze. W końcu trzeba było zmierzyć się z tym wyzwaniem.

Pierwszy motyw to kolegiata widziana z górki. Temat trudny, gdzie jest mnóstwo szczegółów, wiele planów. Ale nie można namalować wszystkiego, trzeba coś z tego wybrać. Szkicuję raz, drugi, w końcu układa się historia, główni bohaterowie to ścieżka i baszta. 

Tak naprawdę panorama Biecza jest absolutnie neutralna w wyrazie, ale  ja wybieram z niej to, co przeżywam - ciemną stronę. Głównym motywem stała się ścieżka, prowadząca w dół, z zalanego Słońcem dziedzińca, w cień murów obronnych. Wygląda jakby prowadziła do baszty. Baszta wydawała mi się kluczowa. Była inna, wykonana z kamienia, i mimo że w cieniu, świeciła na tle ceglastych murów. Wydawało mi się oczywiste, że na końcu ścieżki znajdę drzwi do baszty. Ale nie, kiedy poszłam ścieżką w dół w cień muru, okazało się, że basztę można tylko obejść i wrócić z powrotem na słoneczną stronę. 

Słońce było mocne i oślepiające po wilgotnym i omszałym cieniu.

Baszta nosi nazwę Kowalskiej, a wejście do niej znajduje się od wewnętrznej strony murów. W środku jest ekspozycja Muzeum Ziemi Bieckiej. Już zamknięte. Odbiłam się od drzwi raz i drugi.  W końcu znalazłam opis ekspozycji w przewodniku w księgarni. Najstarsze średniowieczne eksponaty są eksponowane na najniższym poziomie. I poczułam, że to nie to, że moja czerń siedzi jeszcze głębiej. I że fizyczne wejście do baszty w niczym mi nie pomoże. Nie mam tam czego szukać. Baszta wręcz mówi do mnie drukowanymi literami: "Omiń mnie. Idź dalej ścieżką. Wracaj na Słońce!"

Ale ja mam doła. Nie kręci mnie rzeka, ani letnia zieleń. Piję ziółka Łucji, rozmawiam z Joasią, coś zwiedzam, coś szkicuję, ale to wszystko jest obok. Takie nierzeczywiste.

Format 80x80 nie zachęca od spacerowania. Nawet przy niewielkim wietrze zachowuje się jak latawiec. Drugie płótno maluję w pokoju. Chcę wykorzystać resztki farb na palecie, które zostały po kolegiacie. Drugi raz zbieram się na odwagę i czarną dziurę umieszczam w centrum. Od początku i nieodparcie pcha się skojarzenie z zepsutym kołem od wozu. Zepsuła się piasta.


Nie myślę. Rysuję ręka. Wszystko idzie z ciała, nie z głowy. Mandale rysują, malują się same. Tu chce się taka kreska, tu ten kolor, pcha się to pod ołówek lub pędzel samo i nie pozostawia żadnego miejsca na dyskusję. Zaskakuje.

Naprawiam koło. Koło mówi: "Proszę bardzo, jedziemy dalej! Jestem naprawione, śliczniutkie i mogę jeszcze przy okazji łapać sny. No jedźmy!"

Zaskakuje mnie jak bardzo moje koło jest kolorowe, i że są w nim obecne złote nitki. Zdaję sobie sprawę, że mimo, iż to absolutnie przeczy logice, prawdziwa konstrukcja koła opiera się właśnie na nich. I że nie trzeba się tak mordować, szukać, przeżywać. Można po prostu uwierzyć, zaufać. A na pewno trzeba z radością wyruszyć w dalszą podróż. Nagle dostrzegam, że tapeta w pokoju ma złote wzorki, narzuta na moim łóżku mieni się miejscami, obraz ma solidne złote ramy, tak samo wszystkie lustra, a na dole cała "Grodzka" niemalże tonie w złotych sztukateriach, zasłonach i złotym Klimcie... Złoto jest na wyciągnięcie ręki...

Koło chciało być kolorowe.... Po jego namalowaniu mam jeszcze więcej farb na palecie. I mam jeszcze jedno ostatnie płótno 80x80.  Więc maluję dalej. Na ciemnym tle maluje łatki od ciemnych po coraz jaśniejsze. Ale obraz zaczyna żyć własnym życiem. Miały to być kolejne "ścieżki myśli", a wyszedł mi landrynkowy ogród lub kolorowe lampiony, a może to leci mnóstwo balonów? Wyszło mi coś innego. Nie zdążyłam się zastanowić co, bo ledwie wysuszone spakowałam i wróciliśmy...

W domu Benio nadaje obrazowi tytuł: "Święta Trójca i grzesznicy". 

Myślę - zwariował. Ale to zdanie powraca i powraca. I kiedy patrzę długo na te trzy świecące elementy dochodzę do wniosku, że są najbardziej wymęczone, spracowane, złachane ze wszystkich. Doświadczyły życia. Czy świętość rodzi się z doświadczania?

Wczoraj kończyłam zapomniany szkic - schodki do Franciszkanów, a w zasadzie to już nie schodki, tylko kamienna ścieżka w górę. 


Jak trudno tej czarności w sobie odpuścić! Jakby, żeby odejść, musiała najpierw wymalować się cała. Jakby moje ogniste drzewo serca dotknęło jej korzeniami i wyciągało powoli na powierzchnię... Benio o dużych płótnach powiedział: "Smutny, smutniejszy i najsmutniejszy"  U Franciszkanów też to wyłazi. Ta decyzja o ukochaniu czerni w sobie spowodowała, ze zaczęłam dostrzegać rzeczy trudne, niewygodne, niefajne, niepokojące.

Ale cały czas mam świadomość, że po drugiej stronie jest Słońce. To tylko kwestia czasu kiedy dojdę tam idąc konsekwentnie ścieżką wokół baszty. Lub ścieżką zaufania. 

Czarny, kiedy wiem co się w nim kryje, stał się kolorem wolnym od skojarzeń. Tylko kolorem. 

A do ostatniej pracy z Biecza, której nie zdążyłam skończyć na miejscu, uśmiecham się szeroko, bo to jest zalany Słońcem plac przed murami obronnymi.

(inspiracją do opowieści był plener zorganizowany przez Bielański Ośrodek Kultury w Warszawie, który miał miejsce w sierpniu 2016r. w Bieczu).

Przytulak  dla wytrwałych, którzy doczytali do końca. Iwona :)